sobota, 25 maja 2013

Rozdział 3

Rozdział 3
- Panno Raven! - słyszę  głos nauczycielki
- T-t-t-tak ? - odpowiedziałam zdezorientowana 
- Zamierza panienka łaskawie wyjść na przerwę? -spytała znużonym głosem, wskazując otwarte drzwi
Musiałam się znowu zamyśleć. Szybko wzięłam torbę i czym prędzej poszłam na przerwę. Nawet nie spakowałam książek. Goniąc dzwonek śpieszyłam się na ostatnią lekcję. Wparowałam do szatni, gdzie czekała na mnie Lily ubrana w różowe którkie spodenki, białą bluzkę i sportowe adidasy. Wiązała teraz kucyk. 
- Gdzie się podziewałaś? - spytała kończąc fryzurę - Musiałam się tłumaczyć przed Bertem, że jesteś u higienistki na badaniach wzorku. Ta wymówka zaraz przestanie działać.
- Przepraszam, ale znowu odpłynęłam na biologii, a jak tam mata? - zabrałam się do przebierania
- Coś często ci się to zdarza... A świetnie! Dostałam 4.
- Ok, jestem gotowa. - powiedziałam i poszłyśmy na boisko.
Tam czekał już lekko zdenerwowany pan Bert. Dołączyłyśmy do szeregu. Poprawiałam sobie buty. Podnosząc się dostrzegłam prężącą się Diamond w stroju cheerleaderki. Oczywiście widownia wyłącznie męska. Jako iż, mamy do wyboru wf albo drużyna cheerleaderek. Wybrałam, bez zastanawiania się wf. Nie będę paradowała ze stanikiem i z majtakami na wierzchu. Tylko nie rozumiem dlaczego Lily przeniosła się. Była najlepsza, zaraz za Diamond. Jakoś znosi bieganie na wf-e i grania w piłkę nożną. 
- Dobra, dziewczyny. Teraz biegamy 3 okrążenia. Ale żwawo! - krzyczał
Ruszyłam tyłek by nie marudził. Prawa, lewa, prawa, lewa. I tak przez cały czas. Nie jestem najgorsza z wf-u. Trzymam się wewnętrzej strony.  Trener sobie siedzi na ławce i uzupełnia oceny w dzienniku. Dwa kółka za sobą. Na ostatnim przyśpieszyłam.  Biegnę zaraz za najlepszą lekkoatletyczką w szkole - Keytlin. Ta to ma zapał do biegania. Ja tam tylko wyciągnę trzy kółka, a ona biega codziennie sześć.  Oglądam się za siebie i szukam w tłumie biegaczek Lily. Muszę zwolnić. Dostrzegam ją po drugiej stronie, daje z siebie wszystko. Czekam cierpliwie aż do mnie dołączy. Jest cała zdyszana, pewnie gdyby mogła to by padła ze zmęczenia. Dołączyła i razem biegłyśmy od teraz. Wszytkie dziewczyny skończyły i siedziały na trybunach. 
- No, ileż można czekać? - powiedział pretensjonalnie 
Ten to się umie czepiać. Rozciągnęłam się i czekałam na jego kolejny ruch. Piłka nożna, Tennis czy skok w dal. Jak ma dobry humor to gramy w tennisa, jeśli nie biegamy dalej. Co za rozrywka.
- R-r-raven... Stój, nie wyrabiam - dyszała Lily
- Tylko przeszłam kawałek. Nie rozumiem  dlaczego wybrałaś wf. - spytałam się jej
- Znasz powód, nie sądziłam, że przeżywacie horror na każdej lekcji... - dalej dyszała
- Znam, ale lepiej byłoby dla ciebie, zero biegania - dodałam
Rozmowę przerwał nam Bert.  Stanął na przeciwko nas i zaczął: - Jak wiecie, za dwa tygodnie są zawody lekkoatletyczne. Zaraz wybiorę osoby które wezmą udział. - powiedział wymachując długopisem - Bez dyskujsi - dodał patrząc się na naszą dwójkę. Wiem, że i tak nas nie wybierze. Stałam oparta o bramkę i słuchałam jego dalszego ględzenia. W końcu przeszedł do sedna, a myślałam, że to nie nastąpi.
- Skok w dal, Idzie Laura i Anna. Pchnięcie kulą, idzie Alex i Lena. Bieg na 800m, idzie Kaytlin i ... Raven.
Na jego ostatnie wypowiedziane słowo aż stanęłam na baczność. Dziewczyny popatrzyły się na mnie dziwnie. A spojrzenie Lily mówiło wszystko. Nikt się tego nie spodziewał. Daję radę przebiec ten dystans, ale żeby JA?! Na zawody? Muszę to wyjaśnić.
- Proszę pana, ja się na to nie zgadzam! - założyłam ręce
- Ty nie masz nic do gadania - wrócił do pisania formularzy zgłoszeniowych
- Ja się do tego nie nadaję! Wszyscy też tak twierdzą! Nie wystartuję! - byłam zła i prawie krzyczałam, Bert się odwrócił i spojrzał na mnie: - Nie masz wyjścia. Jeśli nie wystatujesz objelesz wf. - powiedział stanowczo - A i treningi masz w poniedziałki, środy i w piątki. Na boisku o 15. - dodał na koniec i odszedł
Nie zrobiłam żadnego ruchu przez kikla minut. Stałam i nie wiedziałam co zrobić. Czemu ja? Kaytlin była mocno zdziwiona. Jak nie wystartuję to nie zaliczę wf-u . A ja się dziwiłam jak można nie zdać z tego przedmiotu. 
- Słyszałaś go?! Kazał ci iść na zawody. Nie musisz go słuchać. - Lily stanęła na przeciwko mnie wywijając rękoma 
- Tak, niestety. Muszę na nie iść. - powiedziałam zła
- Co?! - teraz już nic nie rozumiała
- Jak nie pójdę, to mnie obleje z wf-u. - odpowiedziałam na jej pytania i sama sobie to uświadomiłam.
Trener pozwolił nam iść do szatni. Czym prędzej poszłam do swojej szawki i pod prysznic. Lodowaty by wywalić złość. Cała się potem trzęsłam z zimna. W autobusie Lily ciągle toczyła temat zawodów, że to niesprawiedliwe i itp. Ja tylko wróciłam do swoich myśli.

sobota, 18 maja 2013

Rozdział 2

Usiadłam na swoim stałym miejscu, z tyłu. W autobusie siedziała tylko otoczka towarzyska, która rozsiewa plotki i tylko to umie robić. Nie jest jeszcze gorąco, bowiem nie ma Diamond. Szefowej tego całego bałaganu. Dwa przystanki i wchodzi oto i nasza księżniczka. Ubrana w różową krótką spódniczkę, odsłaniającą prawie cały tyłek. Bluzka na ramiączkach i włosy związane w idealny kucyk. Dodatkowo tapeta, która ma tylko zepsuć twarz niż ją poprawić. Rzęsy długie na kilometr, puder aż sam się pyli, policzki przewalone różem, usta machnięte iskrzącym błyszczykiem. Nie wiem jak może się w tym pokazywać. Wchodzi do autobusu i idzie jak paw do swoich, trzepie tyłkiem i włosami. Odwracam wzrok by sobie już darowała śmieszne komentarze na temat mojej osobowości i wyglądu. Westchnęłam tylko, czekając na to aby skończył się ten dzień tak jak się zaczął. Zajęłam się swoimi myślami, do momentu kiedy Lily usiadła obok mnie i spytała czy mam zadanie na matę. Z plecaka wyciągnęłam czerwony zeszyt i jej podałam. Była rozpromieniona. Natychmiast zabrała się do przepisywania. Mata według jej to: " Bez użyteczny przedmiot, wystarczy, że umiem dodawać,odejmować, dzielić i mnożyć." W zupełności zgadzam się z tym twierdzeniem. Nie rozumiem po co mi liczyć głupią objętość i pola, chyba, że jestem jak Ben. Ten, to siedzi w matmie po dziurki w nosie. Lubię obserwować ludzi, patrzeć jak śpieszą się do pracy lub jak bawią się w parku. 
- Ej, Raaaven.... ! - Lily machała mi przed nosem moim zeszytem
- O, już przepisałaś? - wzięłam zeszyt i schowałam do torby
- No jasne! To pradawna sztuka przepisywania! -  zaczęła wymachiwać rękoma
- Mhm... a ty ją opanowałaś do mistrzostwa, szczególnie matę. - lekko pchnęłam ją łokciem, obie wybuchłyśmy śmiechem. Doskonale się rozumiemy. Poznałyśmy się dzięki Diamond. Tak. Jeszcze dwa lata temu należała do jej paczki, jako prawa ręka. Nawet mi dokuczała. Lecz zdarzyło się tak, że wylądowałyśmy razem na obozie i miałyśmy razem pokój. Na początku walczyłyśmy, z czasem okazało się, że więcej nas łączy, niż dzieli. Po wakacjach rzuciła wszystko, łącznie z reputacją. Jak widać, wcale jej to nie zaszkodziło. No może, nie ma szansy u elity.
-  Znowu, się odcinasz ode mnie - zrobiła kwaśną minę
- Ale cały czas, cię słuchałam. - odpowiedziała w końcu, by się nie obraziła
- A tak swoją drogą... kogo zaprosisz na swoją 16-stkę ? - powiedziała podekscytowana 
- Nikogo - rzekłam,lecz dodałam: - No i ciebie.
- Nie żartuj! Jest tyle osób w szkole i nie zaprosisz nikogo? Wiesz, że 16-ste urodziny są ważne . - teraz siedziała lekko obrażona
- Po pierwsze nikt mnie nie lubi, a po drugie nie potrzebuję dużej imprezy. - na tym skończyłam, bo akurat dotarliśmy do szkoły. Poczekałam aż tłum wyjdzie, bym mogła swobodnie wyjść. Zbliżał się dzwonek, wszyscy się śpieszyli pod swoje sale i żeby zdążyć wejść do łazienki. 
Pod szafką wymieniłam książki i spojrzałam na plan. Najpierw mam biologię z panią Marney, polski z panem Jonsem, matematyka i wf z panem Bertem. Ostatnie mam razem z Lily.  Dzwonek już zaczął brzęczeć i kazać nam iść na lekcje. Cała szkoła się przepychała. A ja musiałam dostać się na drugie piętro. Szybko biegłam, popychając innych. Zdążyłam na czas, pani już zamykała klasę. Miły uśmiech i wślizgnęłam się do klasy, siadając przy oknie w drugiej od końca ławce. Biologia mnie przeraża. Krojenie żab. Na samą myśl robi mi się niedobrze. Nie znoszę gadów. Krokodyli, jaszczurek i innych. Odwracam się do okna i odpływam myślami z lekcji.

niedziela, 12 maja 2013

Rozdział 1

Rozdział 1

Biiiiip! Podniosłam głowę, by sprawdzić która godzina. Jest 7:15 . Z powrotem położyłam się do łóżka, naciągając kołdrę na głowę. Głupi budzik!
-Mamoooooooo! Gdzie są moje majtki !!!!!!!!!!
Włożyłam głowę pod poduszkę, by nie słyszeć ryków brata. Ten to umie o siebie zadbać. Ma 21 lat, a zachowuje się jakby miał ledwo 6 lat. Niestety, jeśli zrywa się z wykładów to nie ma się pracy, a co z tym idzie kasy, żeby zarobić na mieszkanie. Starałam się nie słyszeć jego wrzasków na cały dom. W końcu nie wytrzymałam. Cała wściekła wstałam z łóżka i rozejrzałam się po korytarzu. Ryki wydobywały się z jego pokoju. Zajrzałam. Przekopywał właśnie szuflady w poszukiwaniu majtek, był w samym ręczniku. Pewnie się kąpał. Oparłam się od ramę.
- Mógłbyś tak nie wrzeszczeć?! Niektórzy próbują tu spać... - powiedziałam to już do powietrza
- Nie wiesz gdzie są moje majtki? - zapytał trzymając ledwo jedną ręką ręcznik, a drugą przekopując szafkę. 
- Taki jesteś dorosły, to może mógłbyś sobie je wyprać albo kupić jak normalny człowiek. - popatrzyłam się na niego wzrokiem "doprawdy? Ale z ciebie dorosły" .
- To nie moja wina! - bronił się
- Tak? To nie ja zarywałam studia, po to żeby uganiać, się za laskami! - udawałam teraz jego i koleżaneczki
- A mają na co... - puścił rękę, a ręcznik spadł na ziemię, czym prędzej zasłoniłam się i pobiegłam do pralni po majtki. Rzuciłam mu je na twarz, dalej nie patrząc.
- Dziękuję! - krzyczał na korytarzu bo ja chciałam znaleźć się w łóżku. Co za debil...
Teraz jestem ja i moje łóżeczko. Wcisnęłam się z powrotem pod kołdrę i zamknęłam oczy. 
Nagle poczułam, że ktoś wchodzi do mojego pokoju. Podchodzi do okna i... zwija rolety. Prosto  do oczu napływa mi mnóstwo światła. Automatycznie zasłoniłam się ręką. To była mama. Ubrana w zwykła czarną spódnicę i biały żakiet. Tak chodziła do pracy, nie żeby coś, ale ten strój do niej nie pasuje.
- Wstawaj, bo się spóźnisz do szkoły - pocałowała mnie w czoła, a ja się odsunęłam.
Ciężko westchnęłam. Szkoła. Najbardziej przeklęte miejsce na ziemi. Tak, zapewniam was o tym. Więzienie oferuje bardziej rozrywkowe zajęcia niż szkoła. Mam całe 20 minut, autobuszprzyjeżdża za 10 minut. Trzeba wstawać. Otworzyłam szafę i zobaczyłam całe moje wyposażenie. Spodnie dżinsowe, koszulki, bluzy, i jedną sukienkę. Nie przepadam za nimi. Kupiłam ją tylko na bal, na który zostałam zmuszona przez mamę. Teraz się tylko kurzyła. Wcisnęłam moje jasne rurki i nałożyłam koszulkę z myszką Miki. Włosy szybko przeczesałam szczotką i ściągnęłam gumką w niesforny kucyk. Zbiegłam po schodach na dół, przy okazji zabierając tosta z dżemem oraz torbę z książkami. Autobus już czekał.

sobota, 11 maja 2013

Prolog

Prolog

Słyszeć można było tylko przeraźliwy ryk i huk uderzanych o siebie mieczy. Dzicy jeźdźcy bronili bram Kastoru. Wszyscy mieszkańcy pochowali się w swoich domach,a król, wielki i potężny Astral mógł tylko patrzeć z pałacu jak plemię Dostrei przebija się przez blokadę. Kolejni wojownicy giną. Nikt się nie poddaje,a ni odwraca od walki. Wtem, obok niego wylądowała złocista smoczyca i odwróciła łeb za siebie. Z dostojnego grzbietu, na ziemię zeszła kobieta. Ubrana w zbroję, ze złotym mieczem w ręku. Smok też, był przyozdobiony lśniącą zbroją.
- Wielki, Astralu. -rzekła ta kobieta
- Wiem, moja miła. Niestety oto nadszedł dzień końca Kastoru - odpowiedział, spojrzał na nią smutnym wzrokiem i odszedł w stronę swojej rodziny. Królowa Ariana mocno przytuliła małego księcia i miała łzy w oczach, tak samo jak król. Razem powoli zamierzali opuścić królestwo.
Kobieta spojrzała na króla. Podeszła do poręczy. Widziała lud który kocha i najlepszych przyjaciół broniących miasta. Raz za razem, zostawali ranni, a co gorsza zabici. Krew się lała, ryk przenikał do kości, szczęk zbroi i mieczy. Oglądała to z bólem serca. Odwróciła wzrok, jej smoczyca też nie mogła na to patrzeć. Dama w zbroi mocniej zacisnęła miecz w ręce i spojrzała w oczy towarzyszce. Zwierzę odpowiedziało parsknięciem i ukazała skórzane siodło dowódcy, przywiązane do jej grzbietu. Kobieta spojrzała na miecz i jednym ruchem wskoczyła na grzbiet. - W górę! - krzyknęła, smok rozłożył skrzydła i wzbił się gwałtownie w powietrze. Król wybiegł na balkon. Szukał wzorkiem kobiety. Pojawił się przed nim w powietrzu na swoim smoku. Gotowa do walki. 
- Lin, nie rób tego.- Powiedział to, wiedząc nawet, że nie zadziała. Król tak naprawdę kochał Lin, lecz poślubił inną.
- Muszę - odpowiedziała krótko, patrząc na ludzi, ponieważ miłość ją napełniła, nie tylko do Astrala, lecz również do ludu. Obie były zwrócone w stronę pola bitwy. - Do boju! - powiedziała do smoczycy. Razem wzbiły się wyżej. Jeden potężny ryk i ruszyła, w pełni gotowości do walki za miasto do boju. Lin wzięła łuk i ustrzeliła kilku żołnierzy piechoty. Gdy skończyły się strzały, do ręki wzięła miecz i ruszyła w środek bitwy. Cięła mieczem i walczyła,a smoczyca rozszarpywała zębami i pazurami. Obie walczyły dzielnie. Lin widząc, że przegrywają zadęła w róg. Wszyscy jeźdźcy wzbili się w powietrze. Dowódczyni widziała przed sobą tylko garstkę swojej oddanej armii. Znaczna większość była zmęczona walką lub ranna jak i smoki. Nagle w oddali zobaczyła nową armię kroczącą do królestwa, z wielkimi kuszami. - Musimy zniszczyć te kusze. - powiedziała wskazując je - Na mój znak.... teraz!- wszyscy na czele z Lin ruszyli na kusze. - Za Kastor! - krzyknęła, a za nią inni. Smoki zaryczały. Byli blisko czelu, lecz zaczęli strzelać. Smoki starały się unikać strzał, które mogą je przebić. Nie każdemu się udało. Lin zauważyła główną kuszę i nakierowała smoczycę na nią. Gad wyciągnął łapy i przygotował do złapania.  Cała kusza się zatrzęsła i z niej wylatywali wojownicy. Kusza była potężna i smok nie umiał jej przewrócić,a powoli łucznicy strzelali do nich. Wtedy mocno coś uderzyło o kuszę z przodu. Był to smok, a na nim siedziała prawa ręka Lin. Razem z pomocą, smoki pokonały kuszę. Lin wraz z towarzyszką, powalały kolejne kusze. Lin cała obryzgana we krwi i nie tylko walczyła dzielnie. Ostatni atak na ostatnią kuszę miał być wyjątkowy. Wzleciała w górę najwyżej i prosto ruszyła na działo. Gdy były już u celu, coś je odrzuciło i obie wylądowały z hukiem na ziemi, ścinając drzewa i miażdżąc wojowników. Smoczyca odniosła kilka lekkich ran, jak i wojowniczka. Prosto na nie leciał dwa razy większy smok z królem Dostrei, wielkim Byronem. Szybko uciekły przed pazurami smoka. Oboje stali na przeciwko siebie. - Widzisz, droga Lin?Nie macie z nami szans. -powiedział,a Lin: - To jeszcze nie koniec!- powiedziała i wzleciała w powietrze. Tam miały wyraźną, przewagę niż na ziemi. Walka pomiędzy dwoma smokami odbyła się w powietrzu. Oba smoki rzucały się na siebie. W końcu obrażenia smoka Lin były tak wyraźne, że miała trudności z lataniem. Chciały wlecieć do lasu, lecz coś przebiło pierś smoka i wrzuciło je do lasu nad strumień. Lin czym prędzej, wstała i podbiegła do swojej towarzyszki. Oniemiała. Strzała przebiła smoka na wylot,a spod grubej skóry i łusek powoli wypływała szkarłatna czysta krew. Smok cierpiał i umierał. Lin starała się zatamować krwawienie, sama wiedziała, że to nic nie da. Podeszła do głowy by się z nią pożegnać. Obie patrzyły sobie w oczy,a le tylko Lin płakała i przytuliła się mocno do smoka. Czuwała przy niej do samego końca, gdy oddech się zatrzymał i piękne złote oczy nie miały w sobie energii.- Żegnaj Reno... Lin jeszcze bardziej zaczęła płakać.  Powoli podniosła się, otarła oczy wzięła miecz do ręki i ruszyła na pole bitwy. Nie bała się śmierci.